James Bond wbiega na koronę potężnej tamy. To tajny sowiecki ośrodek badań chemicznych w Archangielsku. Kiedy agent 007 dociera do środkowej części zapory, do kostek mocuje linę. Drugi jej koniec przywiązuje do barierki. Wspina się na balustradę, rozpościera ręce i rzuca się w głęboką na 220 m przepaść. Po kilku sekundach swobodnego lotu opada niemal na sam dół. Za pomocą specjalnej kuszy przyciąga się do małego budyneczku ukrytego u stóp tamy i wchodzi do ośrodka. Tak zaczyna się "Goldeneye", 17. z serii filmów o Jamesie Bondzie.

Mój pierwszy raz: skoczyłem z 220 metrów. Tak jak Wayne Michaels (kaskader, który zastąpił Pierce'a Brosnana) w 'Goldeneye'Mój pierwszy raz: skoczyłem z 220 metrów. Tak jak Wayne Michaels (kaskader, który zastąpił Pierce'a Brosnana) w "Goldeneye" fot. Tomasz Wawer, archiwum redakcji, Wikipedia/lirum larum (montaż)

Wayne Michaels zrobił w "Goldeneye" to, na co nie odważył się Pierce Brosnan. Skoczył w 220-metrową przepaść

Widzowie kanału Sky Movies uznali tych kilka ujęć za najlepszą scenę kaskaderską w historii kina. Skoczkiem nie był Pierce Brosnan, odtwórca roli 007 w tym filmie, ale angielski kaskader Wayne Michaels. A tama tak naprawdę nie stoi w Archangielsku, tylko w pobliżu szwajcarskiego miasteczka Locarno. Dziś każdy, komu starczy brawury, może tam skoczyć na bungy - to najwyższe w Europie i jedno z najwyższych na świecie takich miejsc. Postanowiłem sprawdzić granice swojej odwagi i pójść w ślady Bonda. Dodam, że nigdy w życiu nie skakałem na bungy, a do krawędzi dachu 30-metrowego wieżowca podchodzę na czworakach.

Ściana betonu

Wstyd się przyznać, ale teasera "Goldeneye" kompletnie nie pamiętałem, kiedy ochoczo zgodziłem się na wyprawę do włoskojęzycznej części Szwajcarii. Płytę DVD wypożyczyłem na dzień przed wyjazdem i był to jeden z najgłupszych pomysłów, na jaki mogłem wpaść. Już po pierwszym ujęciu, w którym zapora na rzece Verzasca pojawia się w pełnej krasie, zmiękły mi kolana. Kiedy obejrzałem cały skok Bonda, ze strachem zacząłem przypatrywać się odległości między krawędzią kanapy a podłogą. Ja mam to powtórzyć?! Nigdy w życiu!

Mój pierwszy raz: skoczyłem z 220 metrówMój pierwszy raz: skoczyłem z 220 metrów fot. Tomasz Wawer

Ten maleńki prostokącik na szczycie tamy to całkiem solidna przyczepa kempingowa, w której organizatorzy skoków trzymają sprzęt

Ale było już za późno, żeby się wycofać. Ruszyliśmy do Locarno - nasz fotograf Tomek, moja narzeczona Monika i ja. Kiedy po dwóch dniach podróży zbliżaliśmy się do celu, uznałem, że trzeba obejrzeć tamę jeszcze przed przyjazdem do hotelu. - Jesteś pewien? - spytali mnie współtowarzysze podróży. - Absolutnie, trzeba się przygotować, obejrzeć miejsce akcji, ustalić skąd robimy zdjęcia - powiedziałem twardo, choć w głębi duszy wcale nie byłem przekonany, czy mam ochotę oglądać tę zaporę. Czy kiedy stanę z nią twarzą w twarz, nie wrzucę biegu wstecznego i nie wrócę tyłem do Polski.

Po jednej stronie tamy widok jest przepiękny - ciemnoniebieskie sztuczne jezioro Vogorno leży zaledwie kilkadziesiąt metrów poniżej, a otoczone jest przez wysokie alpejskie szczyty, w tym pokryty śniegiem wierzchołek Pizzo di Vogorno, tylko 50 m niższy od naszych Rysów. Kiedy spojrzeć daleko przed siebie na drugą stronę zapory, ukazuje się równie bajkowa panorama ogromnego szwajcarsko-włoskiego jeziora Maggiore. Można też spuścić wzrok ku dołowi, wtedy również zapiera dech w piersiach, tym razem ze strachu. Dojechaliśmy tu pod wieczór, więc dno przepaści powoli spowija mrok. Kolana mi drżą, niemal zupełnie przestaję się odzywać. Monia usiłuje dodawać mi otuchy, powtarza, że we mnie wierzy i że dam radę, ale ja naprawdę nie jestem już niczego pewien. Wracamy więc do hotelu - skoki będą jutro.

Spadochroniarstwo jest łatwiejsze?

Nazajutrz po śniadaniu jedziemy do zapory. Wprawdzie mamy jeszcze ponad trzy godziny do skoków, ale objeżdżamy całą okolicę. Chcemy znaleźć miejsce, z którego Tomek będzie mógł zrobić dobre zdjęcie całej tamy, takie, które ukaże jej prawdziwy ogrom.

Potem meldujemy się na zaporze. Po koronie spaceruje kilkudziesięciu turystów. Słychać włoski, niemiecki, francuski, angielski. Po kilkunastu minutach zaczynam się orientować, kto przyjechał tu po prostu podziwiać widoki, a kto zdecydował się na to samo szaleństwo co ja. Ci drudzy, podobnie jak ja, są milczący i skupieni. W przeciwieństwie do zwykłych turystów starają się nie patrzeć zbyt długo w dół. Powoli zaczynamy się dogadywać. Najsympatyczniejsze wrażenie robią Anna i Harvey, dwójka Anglików z całkiem niezłym doświadczeniem. Skakali już na bungy w Nowej Zelandii, a Harvey skakał również ze spadochronem. - Nie ma porównania. Przy skoku ze spadochronem nie masz żadnej skali. Pod tobą jest po prostu bezkształtna plama ziemi. W przypadku bungy jumping dokładnie widzisz, co jest poniżej, każdy kamień i krzak - przekonuje mnie. To dużo większa adrenalina - dodaje.

Mój pierwszy raz: skoczyłem z 220 metrówMój pierwszy raz: skoczyłem z 220 metrów fot. Tomasz Wawer

Pierwsze zebranie śmiałków, Toni tłumaczy, co mamy zrobić, żeby przeżyć

O umówionej godzinie zjawiają się Lilo i Toni, organizatorzy skoków. Zbierają nas i tłumaczą po kolei, jak będzie wyglądał skok. Po pierwsze, musimy się zważyć - będziemy podzieleni na dwie grupy (poniżej 86 kg wagi i powyżej tej granicy), każda grupa skacze na innej linie. Po drugie, skakać będziemy ze specjalnej platformy wysuniętej poza barierkę. Dzięki temu trajektoria skoku przebiegać będzie równolegle do ściany zapory - to oraz wklęsły profil budowli mają nam zagwarantować, że nie skończymy jako mokra, krwawa plama na betonowej ścianie. Mam nadzieję, że Lilo i Toni wiedzą, co mówią, tym bardziej, że przez cały czas wieje silny, górski wiatr. A przecież czytałem gdzieś wypowiedź Michaelsa (to ten, co zrobił czarną robotę za Brosnana), że "wiatry wiejące wokół tamy rzucały mną jak liściem". Na szczęście obaj organizatorzy, choć roześmiani i otwarci, wyglądają na prawdziwych fachowców, pewnych każdego swojego ruchu.

Wreszcie instrukcje, jak wrócić na górę po skoku - musimy, wisząc głową w dół, wspiąć się po linie do pozycji pionowej i przypiąć karabińczykiem do specjalnego oczka w uprzęży. Wtedy Lilo i Toni spuszczą na wyciągarce stalową linę z hakiem. Trzeba ją pochwycić i zaczepić hak o uprząż. Dopiero wówczas wyciągarka przywróci nas do świata normalnych ludzi. Ten element każde z nas przećwiczy jeszcze na sucho na specjalnej leżance. Na koniec formalności - podpisuję oświadczenie, że nie mam chorego kręgosłupa ani serca. Oraz że nie jestem w ciąży.

Mój pierwszy raz: skoczyłem z 220 metrówMój pierwszy raz: skoczyłem z 220 metrów fot. Tomasz Wawer

Jeszcze tylko zakładam uprząż, ćwiczę procedurę powrotu na górę i jestem gotów do skoku

W końcu zakładamy uprzęże. - Damy przodem - śmieje się Toni i wskazuje na Annę. Angielka pójdzie więc "na pierwszy ogień". Wspina się na platformę, gdzie Lilo przymocowuje jej do nóg grubą, białą, elastyczną linę. W "stanie spoczynku" ma "zaledwie" 40 metrów. Maksymalnie rozciągnięta wydłuża się do niemal 180! Każdy ze skoczków decyduje, czy chce rzucić się w przepaść na sygnał Toniego, czy woli sam wybrać ten moment. Anna prosi o rozkaz. Podchodzi drobniutkimi kroczkami do krawędzi. - Three, two, one, jump... - krzyczy Toni i Angielka skacze, a właściwie zsuwa się w dół. Wszyscy przechylamy się przez barierkę i patrzymy w dół. Anna leci, leci i leci. I jeszcze leci. I jeszcze. Tak, jakby ten lot miał się nigdy nie skończyć. Wreszcie lina napina się na maksa, po czym na moment wiotczeje. Mikroskopijna z tej odległości sylwetka Anny kilkakrotnie wznosi się i opada, a po kilku chwilach nieruchomieje. Kiedy dziewczyna wraca na górę, wita ją burza oklasków. Chyba są jej potrzebne - jest zielona na twarzy, a kiedy odbiera ode mnie aparat, widzę, że jej ręce trzęsą się jak galareta.

Czarna dziura

Po Annie jeden z Niemców i nadchodzi kolej na mnie. Wspinam się na platformę. Lilo przypina mnie do liny, a Toni w tym czasie spokojnym głosem przekazuje ostatnie uwagi. - Im dłużej tu stoisz, tym wyższa robi się tama - przypomina mi. Na pytanie, czy jestem gotowy do skoku, niepewnie kiwam głową. Oczywiście, że nie jestem, ale chyba nigdy nie będę. Po prostu muszę to zrobić. Drepczę do krawędzi platformy, nie patrząc w dół. Wzrok mam utkwiony przed siebie. Rozluźniam dłonie kurczowo zaciśnięte na barierkach. Lilo puszcza uchwyt na mojej uprzęży. Przez głowę przebiega mi jedna myśl: - Kirschke, musisz to zrobić, bo inaczej dasz plamę na całą Polskę i wyleją cię z roboty. A jeśli masz to zrobić, zrób to natychmiast. Jeśli postoisz tu jeszcze ze dwie sekundy, wymiękniesz i zrezygnujesz.

Bez zbędnego zwlekania podkurczam więc nogi i wybijam się do przodu, rozpościerając ręce na boki. W chwili skoku chyba miałem zamknięte oczy. Teraz je otwieram. Przepaść pode mną gwałtownie się otwiera. Patrzę w dół. Jestem zbyt przerażony, żeby się zwyczajnie po prostu bać. Ten strach jest najsilniejszym uczuciem, jakiego kiedykolwiek doświadczyłem. Przed skokiem wydawało mi się, że w czasie lotu będę się głośno wydzierać. Nic bardziej mylnego. Krzyk jest ekspresją emocji, wyjściem z nimi na zewnątrz. Teraz emocje są tak silne, że wszystkie skierowały się do wewnątrz. Jakby gdzieś w środku mnie ziała ogromna czarna dziura wchłaniająca wszystko dookoła. Lecę swobodnie w dół, ale wszystkie mięśnie mam napięte do granic wytrzymałości. Poza szumem pędzącego powietrza nic nie słyszę, nie ma żadnego dźwięku. W ogóle nie istnieje nic. Jestem tylko ja i zbliżające się błyskawicznie dno przepaści. Nie istnieje nawet czas, nie mam pojęcia, czy lecę już tak od sekundy, czy może od kilku minut.

Mój pierwszy raz: skoczyłem z 220 metrówMój pierwszy raz: skoczyłem z 220 metrów fot. Tomasz Wawer

Staję na krawędzi platformy. Teraz albo nigdy! podkurczam nogi i wybijam się w przód. rozpościeram ręce i zaczynam spadać. pode mną 220 m przepaści. Na jej dnie skały i kamienie. Lecę w ich kierunku jak pocisk. Czas staje w miejscu.

Mój pierwszy raz: skoczyłem z 220 metrówMój pierwszy raz: skoczyłem z 220 metrów fot. Tomasz Wawer

Spadam. Szumi. Czas stoi. Skały coraz bliżej. I kiedy już wydaje się, że za chwilę rozprysnę się na kamieniach, lina łagodnym szarpnięciem podrzuca mnie w górę. Teraz, kiedy skończył się ten szaleńczy pęd, lekko się rozluźniam. I robi się chyba gorzej, bo wracają normalne uczucia, między innymi taki zwykły strach. Namacalny, realny lęk, którego smak rozmiękcza kolana. Podskakuję i opadam jeszcze kilka razy, by wreszcie zawisnąć głową w dół. Kiedy tak wiszę, zastanawiam się, w którą stronę spojrzeć, żeby się nie bać. W dół? Źle, jestem przecież kilkadziesiąt metrów nad ziemią. W górę? Jeszcze gorzej, zobaczę jak długa jest lina, jak wiele dzieli mnie od bezpiecznej korony zapory, jak maleńcy są ludzie, którzy tam stoją. W bok też nie mogę patrzeć, tam widnieje ogromna, szara, przerażająca gładź betonowej tamy. Staram się więc spoglądać w kierunku jeziora Maggiore, choć kręcąca się lina co rusz obraca mnie ku tamie. Czuję, jak schodzi ze mnie całe napięcie. Wrzeszczę wniebogłosy. Z góry odpowiadają mi widzowie.

Mój pierwszy raz: skoczyłem z 220 metrówMój pierwszy raz: skoczyłem z 220 metrów fot. Tomasz Wawer

Kiedy już bezpiecznie wracam na górę, schodzi ze mnie całe napięcie. Mija strach, jego miejsce zajmuje radość. skoczyłem pierwszy raz w życiu na bungy, od razu w najwyższym takim miejscu w Europie.

Po chwili przypominam sobie, że powinienem jakoś wrócić na górę. Usiłuję wspiąć się do pozycji pionowej, ale po zaledwie dwóch ruchach odpadam. Ręce i nogi są jak z waty, kompletnie nie mam siły. Muszę jeszcze chwilę odczekać, może w końcu się uda. Po minucie czy dwóch próbuję jeszcze raz. Tym razem się powiodło. Daję znak Toniemu, który spuszcza mi linę z wielkim hakiem. Kołysze się kilkanaście metrów ode mnie, ale po kilku próbach udaje mi się ją złapać. Wpinam hak, znów macham do Toniego, a ten włącza wyciągarkę. Kilkadziesiąt sekund później jestem już na górze. Witają mnie poklepywania organizatorów (Lilo powie mi później, że skok miałem prawie idealny - mocne wybicie i przyzwoita sylwetka w locie), brawa gapiów, uściski dłoni pozostałych skoczków i pełne dumy spojrzenie narzeczonej. Cholera, warto było.

Mój pierwszy raz: skoczyłem z 220 metrówMój pierwszy raz: skoczyłem z 220 metrów fot. Tomasz Wawer

Już po wszystkim. Szczęśliwi i dumni, wznosimy toast szampanem. Na pamiątkę dostaniemy jeszcze certyfikaty świadczące o naszej "nadzwyczajnej brawurze i odwadze"

Autor skoczył z 220-metrowej tamy w 2007 roku

Czytaj też na Logo24 :

Mój pierwszy raz: cliff diving

Ćwiczenie: w niewoli Talibów

Ćwiczenia: moc w ramionach