Zanzibarskie koszule Zanzibarskie koszule  zdjęcia:Kuba Mount

Zanzibarskie koszule kosztują 6 dol. za sztukę

Asystuje nam kierowca Ali i mówiący po angielsku przewodnik Kassim. Zakupy przypominają podchody. Najpierw Ali rusza do upatrzonego sprzedawcy i negocjuje z nim cenę, a dopiero potem woła nas, byśmy uregulowali rachunek. Gdyby kupować chciał mzungu, czyli biały człowiek, cena byłaby o jedną trzecią wyższa.

Curry można spróbować także prosto zerwane z drzewa.  Banany kupuje się na gałęzie, odcinane maczetami z drzew bananowychCurry można spróbować także prosto zerwane z drzewa. Banany kupuje się na gałęzie, odcinane maczetami z drzew bananowych zdjęcia: Aleksandra Pawlicka i Jacek Pawlicki

Banany kupuje się na gałęzie, odcinane maczetami z drzew bananowych. Curry można spróbować także prosto zerwane z drzewa.

Jednak ilość egzotycznych owoców na straganach sprawia, że nie możemy oprzeć się i dotykaniu, i próbowaniu. Gdy Ali negocjuje cenę 30 jajek, podziwiamy ułożone u naszych nóg kolczaste głowy wielkości dużego arbuza. Usłużna dłoń z nożem odcinającym kawałek do spróbowania pojawia się natychmiast. Sprzedawca pokazuje, jak trzeba wysysać miąższ otaczający spore pestki. Słodki sok o smaku ananasa połączonego z bananem spływa nam po brodzie. Dzieci od razu chcą kupić całą głowę ważącą ze cztery kilo.

- Moja? - pyta sprzedawca.

- Moja it's the name of this fruit? - Czy "moja" to nazwa tego owocu?.

- Moja is one in suahili - podpowiada Kassim, tłumacząc, że dziwny owoc to jackfruit.

Kupowanie zaczyna nam się podobać.

- Tatu - mówię, wskazując palcem na awokado, bo Kassim nauczył nas już liczyć do trzech: moja, mbili, tatu.

Pomarańcze kupujemy na stosiki, bo większość sprzedawców nie ma wagi i układa owoce i warzywa w wieże, piramidki, kupki.

Handlarze nie mają wag, więc warzywa i owoce sprzedają na kupki, wieżyczki, stosikiHandlarze nie mają wag, więc warzywa i owoce sprzedają na kupki, wieżyczki, stosiki zdjęcia: Aleksandra Pawlicka i Jacek Pawlicki

Handlarze nie mają wag, więc warzywa i owoce sprzedają na kupki, wieżyczki, stosiki.

Taszcząc jackfruita, siatę owoców pasji, gałąź bananów, bo wiszą tu całe gałęzie oblepione wianuszkiem bananowych kiści, wielką puszkę mleka w proszku, ważone "na oko" mąkę i cukier, wracamy do samochodu. Jeszcze skrzynka coca-coli, którą w egzotycznych krajach traktujemy nie tylko jako napój cywilizacji Zachodu, ale jako żołądkowe lekarstwo, które "oczyszcza" przewód pokarmowy. Na szczycie naszego stosu zakupów ląduje durian, owoc wywołujący u każdego Zanzibarczyka dziwaczny uśmiech. Bo durian strasznie cuchnie. Słodki, aż mdły, ale w zapachu przypominający skrzyżowanie cebuli z czosnkiem. I trzeba go jeść, zatykając nos, co demonstruje nam każdy, kto widzi w naszych rękach duriana.

Lokalne ryby Z młodszym synem Jakubem podziwiamy kałamarnicę, która prosto z połowu trafi na naszą patelnięLokalne ryby Z młodszym synem Jakubem podziwiamy kałamarnicę, która prosto z połowu trafi na naszą patelnię zdjęcia: Aleksandra Pawlicka i Jacek Pawlicki

Lokalne ryby można kupić na targu w stolicy Stone Town, ale lepiej i taniej wprost od rybaków na plaży. Z młodszym synem Jakubem podziwiamy kałamarnicę, która prosto z połowu trafi na naszą patelnię

Kolacja z widokiem

Jambiani, nasza wioska, wygląda nie pierwszy rzut oka przygnębiająco. Jedna piaszczysta droga prowadząca wzdłuż oceanu i rozrzucone wzdłuż niej chaty z białoszarej skały koralowej. Ostrej i pełnej zacieków. Okna bez szyb pozatykane kartonami. Za to wszędzie piękne dachy wyplatane z liści palmowych i dziesiątki ciekawskich oczu. Zwłaszcza dzieci goniących nasz samochód. Jeszcze tego samego dnia staniemy się dla nich lady "Penny School" i mister "Picia".

Edukacja dla Wszystkich czyni postępy, ale misja nie wypełnionaEdukacja dla Wszystkich czyni postępy, ale misja nie wypełniona zdjęcia: Aleksandra Pawlicka i Jacek Pawlicki

Lady "Penny School", czyli rozdająca długopisy. Nauczeni wcześniejszymi wyjazdami do Afryki zabraliśmy kilkaset pisaków i długopisów dla dzieci.

Nauczona wcześniejszymi wyprawami do Afryki zabieram kilkaset długopisów, kredek, pisaków. Rozdaję je dzieciom przy każdej okazji. Gdy więc mnie tylko zobaczą, biegną z wyciągniętymi rękoma, wołając "Penny School!". Drugim lepem jest aparat fotograficzny. Dzieci uwielbiają stroić pozy, wołając przy tym "picia, picia", czyli picture, i w zamian muszą jedynie obejrzeć swoje zdjęcie w aparacie.

Dzieciaki gonią nas po plaży, wołając 'picia picia' czyli pictures. Uwielbiają stroić miny i potem oglądać się w aparacieDzieciaki gonią nas po plaży, wołając 'picia picia' czyli pictures. Uwielbiają stroić miny i potem oglądać się w aparacie zdjęcia: Aleksandra Pawlicka i Jacek Pawlicki

Dzieciaki gonią nas po plaży, wołając "picia picia" czyli pictures. Uwielbiają stroić miny i potem oglądać się w aparacie

Rower to szczyt marzeń tutejszych dzieciaków. Jeździ się nim po plaży. A kto go nie ma, pociesza się choć dętkąRower to szczyt marzeń tutejszych dzieciaków. Jeździ się nim po plaży. A kto go nie ma, pociesza się choć dętką zdjęcia: Aleksandra Pawlicka i Jacek Pawlicki

Rower to szczyt marzeń tutejszych dzieciaków. Jeździ się nim po plaży. A kto go nie ma, pociesza się choć dętką.

W progu wita nas Kongwa, dobry duch naszego wakacyjnego domu. Zjawia się każdego dnia o świcie i czeka, aż gospodarze otworzą wejściowe drzwi. Pilnuje domu, podlewa ogród, zmiata piach nawiewany przez wiatr.

Syn Filip na ulubionej skale rafowej obok naszego domu. Podczas przypływu skała jest niedostępna, omywają ją fale oceanuSyn Filip na ulubionej skale rafowej obok naszego domu. Podczas przypływu skała jest niedostępna, omywają ją fale oceanu zdjęcia: Aleksandra Pawlicka i Jacek Pawlicki

Syn Filip na ulubionej skale rafowej obok naszego domu. Podczas przypływu skała jest niedostępna, omywają ją fale oceanu.

W porze przypływu oceanu mamy zaledwie osiem kroków spod drzwi domu do fal rozbijających się o naszą podmurówkę. W porze odpływu ocean cofa się na 200-300 m i biała, szeroka plaża kusi widokami.

Dhawy - ciosane z jednego pnia drzewa łodzie w rybackiej wiosce JambianiDhawy - ciosane z jednego pnia drzewa łodzie w rybackiej wiosce Jambiani zdjęcia: Aleksandra Pawlicka i Jacek Pawlicki

Dhawy - ciosane z jednego pnia drzewa łodzie w rybackiej wiosce Jambiani.

. Czas odpływu - plaża zamienia się w pole trawy morskiej, którą pracowicie zbierają do worków tutejsze kobiety. Czas odpływu - plaża zamienia się w pole trawy morskiej, którą pracowicie zbierają do worków tutejsze kobiety zdjęcia: Aleksandra Pawlicka i Jacek Pawlicki

Czas odpływu - plaża zamienia się w pole trawy morskiej, którą pracowicie zbierają do worków tutejsze kobiety.

Na plaży odbywają się też zajęcia miejscowej szkoły. Tam również Kongwa sprawia dla nas ośmiornicę, na przemian obtaczając ją w piachu, płucząc w wodzie i okładając kijem, by zmiękła. I właśnie ośmiornica trafia na nasze talerze pierwszego dnia. Posiłki spożywamy na tarasie na dachu domu, skąd rozciąga się widok na ocean. Właśnie zaczyna się przypływ i katamarany ustawione w szeregu wzdłuż całego wybrzeża zaczynają tańczyć jak wielkie ptaszyska przycupnięte na falach.

Zajęcia szkolne na plaży, na której toczy się większość życia tubylcówZajęcia szkolne na plaży, na której toczy się większość życia tubylców zdjęcia: Aleksandra Pawlicka i Jacek Pawlicki

Zajęcia szkolne na plaży, na której toczy się większość życia tubylców.

Ale problem jest i polega na tym, że krzątająca się po domu służba nie tknie niczego z wyjątkiem cukru. Jest w stanie zjeść każdą ilość. A po cukier trzeba pojechać do miasta, co kosztuje u Alego 50 dol. w obie strony. Kongwa podpowiada jednak, żeby nie brać taksówki, tylko jechać dala-dala, półciężarówką, która na pace ma ustawione ławki. A na dach ładuje się rowery, kosze z towarem, wiązki drewna na opał i wszystko, co trzeba przewieźć z miejsca na miejsce. Tak podróżuje Afryka, to najbardziej typowy i najtańszy środek lokomocji. Przejazd do miasta kosztuje nas 2,5 dol. od osoby w obie strony.

Dala-dala, główny środek transportu na ZanzibarzeDala-dala, główny środek transportu na Zanzibarze zdjęcia: Aleksandra Pawlicka i Jacek Pawlicki

Dala-dala, główny środek transportu na Zanzibarze.

Moi panowie lądują w kucki na podłodze, między koszami z owocami, ciuchami i drobiem. Siatki i siateczki są wszędzie: na kolanach, pod ławkami, między nogami. Dzięki Bogu nie ma okien i pęd powietrza przewiewa ściśniętych ludzi. O feerii zapachów podczas licznych postojów lepiej nie wspominać.

Tradycyjna furmanka zaprzężona do wołu to częsty obrazek na drogach ZanzibaruTradycyjna furmanka zaprzężona do wołu to częsty obrazek na drogach Zanzibaru zdjęcia: Aleksandra Pawlicka i Jacek Pawlicki

Tradycyjna furmanka zaprzężona do wołu to częsty obrazek na drogach Zanzibaru.

Bo dala-dala zatrzymuje się wszędzie, gdzie ktoś stoi przy drodze i macha ręką. A także przed licznymi posterunkami policji. Wówczas zatrzymuje się nawet trzy razy. Raz na kilkaset metrów przed posterunkiem, by wyrzucić pasażerów "wiszących", bo groziłoby to kierowcy mandatem. I "winogrona" ruszają ścieżką w buszu na piechotę. W tym czasie dala-dala z siedząco-kucającymi pasażerami podjeżdża do policyjnej strażnicy - czyli blaszanej beczki tarasującej drogę i policjanta siedzącego na krześle. Kierowca wyciąga papier za papierem (im więcej, tym lepiej), wymieniają nowinki, opowiadają dowcip i ruszamy. Gdy posterunek zostaje bezpiecznie w tyle, dala-dala znów hamuje i czeka na wędrujących buszem, by mogli podwiesić się na tylnych stopniach ciężarówki i w pozycji wiszącej podróżować do celu.

Nasz afrykański dom Vanilla House. Wejście główne od strony oceanu z parasolemNasz afrykański dom Vanilla House. Wejście główne od strony oceanu z parasolem zdjęcia: Aleksandra Pawlicka i Jacek Pawlicki

Nasz afrykański dom Vanilla House. Wejście główne od strony oceanu z parasolem oraz boczne, którymdo domu wchodziła służba. Nasz afrykański dom Vanilla House. Wejście  boczne, którym do domu wchodziła służbaNasz afrykański dom Vanilla House. Wejście boczne, którym do domu wchodziła służba zdjęcia: Aleksandra Pawlicka i Jacek Pawlicki

Turystyczny oblig

Właściwie poza naszym domem i plażą nie potrzeba nam wiele. Nieustanna południowa bryza sprawia, że nie odczuwamy upału. Ciepły południowy wiatr towarzyszy nam w dzień i w nocy, bo dom pozbawiony jest szyb. W oknach są tylko metalowe moskitiery i drewniane ażurowe okiennice. Wiatr więc cały czas przewiewa przez dom, kołysząc cieniutkimi moskitierami, którymi spowite są wielkie zanzibarskie łoża. Na Zanzibarze typowe są bowiem rzeźbione łóżka, zwane sułtańskimi (bo jeszcze 50 lat temu wyspa była sułtanatem), piękne rzeźbione drzwi (nawet w odrapanych domach) oraz plażowe leżanki wyplatane ze sznurka na ramach z drewna mangrowca. Wszystko to mamy w naszym domu.

Wnętrze Vanilla House z zanzibarskim łożem spowitym moskitieramiWnętrze Vanilla House z zanzibarskim łożem spowitym moskitierami zdjęcia: Aleksandra Pawlicka i Jacek Pawlicki

Wnętrze Vanilla House z zanzibarskim łożem spowitym moskitierami.

Jednak jak każdy europejski turysta postanawiamy "łyknąć" i tych polecanych przez przewodniki atrakcji.

Po pierwsze więc, Zatoka Tysiąca Delfinów, miejsce na samym południu Zanzibaru, gdzie delfiny żyją w naturalnym środowisku. Oznacza to wielką frajdę, gdy uda się namierzyć stado, ale i ryzyko "pustego" safari, na co często narzekają turyści. W wiosce, z której wyrusza się na delfiny - Kizimkazi - właściwie nie ma nic prócz łódek, wypożyczalni silników do nich oraz przybrzeżnej stacji benzynowej, czyli kilkunastu baniaków z paliwem. Gdy zjawia się turysta i ustali opłatę z właścicielem łodzi, ten wypożycza silnik, kupuje paliwo, rozlewane na butelki po wodzie mineralnej, i zaprasza na pokład.

Jeden z dwóch potężnych baobabów w Kizimkazi Jeden z dwóch potężnych baobabów w Kizimkazi  zdjęcia: Aleksandra Pawlicka i Jacek Pawlicki

Jeden z dwóch potężnych baobabów w Kizimkazi - wiosce, z której wyrusza się na oceaniczne safari na delfiny. Na targ w Stone Town wszystko przewozi się w charakterystycznych koszach. Nawet, tak jak tu, żywe kurczaki.

Po półtorej godziny zmagania się z falami i przeciekającą łódką wszyscy mamy dość. Do tego na niebie zaczynają się zbierać deszczowe chmury. I właśnie w chwili, gdy prosimy o powrót do brzegu, tuż przy naszej burcie pojawia się para szarych grzbietów. Parę sekund później są już po drugiej stronie, a za nimi całe stado. Te piękne szare zwierzęta z długimi pyskami natychmiast każą nam zapomnieć o przemoczonym ubraniu. Kapitan wyciąga zza pazuchy owiniętą w worek foliowy komórkę i dzwoni do kolegów obwożących po zatoce turystów. Nie mija dziesięć minut, a w naszym delfinowym rewirze jest już kilka innych łodzi. Co odważniejsi mimo dużej fali skaczą do wody, by pływać z delfinami.

Czerwona droga prowadząca do farmy przypraw, z których słynie Zanzibar. Okolice stolicy wyspy Stone TownCzerwona droga prowadząca do farmy przypraw, z których słynie Zanzibar. Okolice stolicy wyspy Stone Town zdjęcia: Aleksandra Pawlicka i Jacek Pawlicki

Czerwona droga prowadząca do farmy przypraw, z których słynie Zanzibar. Okolice stolicy wyspy Stone Town.

Drugi żelazny punkt programu to farma przypraw, bo Zanzibar właśnie z nich słynie. Rosną tu potężne drzewa goździkowe, wijące się pnącza pieprzu, wanilia, kardamon, trawa cytrynowa, kłącza imbiru, drzewa cynamonowe, z których specjalnie ścinana kora zwijana jest w znane przez nas rurki cynamonu. Na farmie wszystko to można zobaczyć i wszystkiego spróbować. Dotknąć, wysłuchać legend i zwyczajów związanych z daną przyprawą. Warunek jest jeden: nie warto łasić się na parę dolarów tańszego wstępu. Trzeba wybrać farmę renomowaną, a frajda będzie murowana, łącznie z pokazem zrywania kokosów i ucztą z coco-coli, czyli kokosowego mleczka.

Colobusy - endemiczne, żyjące tylko na Zanzibarze małpki, jeden z gatunków gerezColobusy - endemiczne, żyjące tylko na Zanzibarze małpki, jeden z gatunków gerez zdjęcia: Aleksandra Pawlicka i Jacek Pawlicki

Colobusy - endemiczne, żyjące tylko na Zanzibarze małpki, jeden z gatunków gerez

Atrakcja numer trzy to colobusy - endemiczne, żyjące tylko w tym jednym miejscu na ziemi małpki z czerwonym futrem. Tu można spokojnie ciąć koszty. Trzeba podjechać dala-dala do parku Jozani, przez który przejeżdża się w drodze z Jambiani do Stone Town i wysiąść na godzinę. Tyle w zupełności wystarcza, by dotrzeć do siedzib czerwonych małpek. Poza tym osoby, które nigdy nie widziały mangrowców - drzew rosnących w słonej wodzie i żyjących w rytm przypływów i odpływów oceanu, mają szanse obejrzeć je w parku...

Jedyne, czego nie sposób znaleźć w tym tętniącym życiem mieście, to dobra kawa i knajpa. Nawet ta, do której zabrał nas lokalny przewodnik, określana jako serwująca najlepsze dania suahili, pozostawia wiele do życzenia. Mięso nadaje się tylko dla naszej plażowej psiny, więc pakujemy je dyskretnie do papierowych torebek, za to ryż jest niezwykły. Właśnie tu uczymy się gotować zanzibarski przysmak - ryż duszony z kardamonem i kawałkami kory cynamonowej.

Zaułki Stone Town. Zanzibar zachował tradycję pięknych drzwi. Zaułki Stone Town. Zanzibar zachował tradycję pięknych drzwi.  zdjęcia: Aleksandra Pawlicka i Jacek Pawlicki

Zaułki Stone Town. Zanzibar zachował tradycję pięknych drzwi. Są wizytówką domów, nawet przy odrapanych murach.

Kampania wyborcza po zanzibarsku Kampania wyborcza po zanzibarsku  zdjęcia: Aleksandra Pawlicka i Jacek Pawlicki

Kampania wyborcza po zanzibarsku

W rytm fal

Pobyt na Zanzibarze nauczył nas jeszcze jednego - życia w rytmie natury. Pierwszego wieczora po kolacji postanowiliśmy udać się na wieczorny spacer plażą. I wyszły z tego nici. Po pierwsze, plażę pochłonął właśnie przypływ. Po drugie, dokładnie o 18.30, jak bywa na równiku, słońce ustąpiło miejsca nocy i zapanowały ciemności. Na niebie fantastycznie widać mleczną drogę, ale światła jest tu jak na lekarstwo. O godz. 19 tak spada natężenie prądu, że elektryczny czajnik nie działa, a czytać można tylko doświetlając sobie książkę latarką. Nie mówiąc już o atakujących komarach, wśród których zdarzają się, niestety, również te malaryczne.

Rybacy używają do połowów harpunów i ze zdobyczami podpływają niemal pod próg naszego domu.  Przy plaży kwitną domowe restauracje. Posiłek trzeba w nich rezerwować kilka godzin wcześniej, by właściciel zdążył złapać coś na kolację w oceanieRybacy używają do połowów harpunów i ze zdobyczami podpływają niemal pod próg naszego domu. Przy plaży kwitną domowe restauracje. Posiłek trzeba w nich rezerwować kilka godzin wcześniej, by właściciel zdążył złapać coś na kolację w oceanie zdjęcia: Aleksandra Pawlicka i Jacek Pawlicki

Rybacy używają do połowów harpunów i ze zdobyczami podpływają niemal pod próg naszego domu. Przy plaży kwitną domowe restauracje. Posiłek trzeba w nich rezerwować kilka godzin wcześniej, by właściciel zdążył złapać coś na kolację w oceanie.

Wraz ze zmrokiem nauczyliśmy się więc wślizgiwać do łóżek pod ochronne moskitiery. A szybko okazało się, że wczesne zapadanie w sen jest tu zbawienne. Co rano, jeszcze przed wschodem słońca koło piątej, pod oknem (przypominamy - bez szyb!) koncert muczenia daje krowa, z pobliskiego meczetu wzywa głos muezina i włączają się na cały regulator wszystkie w okolicy radia.

Nasze budziki. Te dwie mućki każdego dnia o świcie dawały nam pod oknem koncert.Nasze budziki. Te dwie mućki każdego dnia o świcie dawały nam pod oknem koncert. zdjęcia: Aleksandra Pawlicka i Jacek Pawlicki

Nasze budziki. Te dwie mućki każdego dnia o świcie dawały nam pod oknem koncert.

Pierwszy poranek dla nas, dla których wakacje kojarzą się z ucieczką od terroru wstawania do szkoły i pracy, był koszmarem. Klęliśmy jak szewcy. Drugiego jednak, sącząc aromatyczną kawę na naszym tarasie, podziwialiśmy różowy świt nad oceanem. Nauczyliśmy się też, leżąc w łóżku, rozpoznawać po dochodzących z zewnątrz odgłosach, jaką fazą wita nas ocean. Bo pora przypływów i odpływów zmienia się w zależności od faz Księżyca. Gdy dźwięki przypominały sączący się kran, oznaczało to początek przypływu. Gdy huczało jak na statku podczas huraganu, mieliśmy pod progiem przypływ, a gdy budziła nas oceaniczna cisza, oznaczało, że jest odpływ i czas ruszać na zbieranie muszli.

Autor przy wejściu do jednej z posiadłości położonych tuż przy plaży.  Podziwiamy z synami ośmiornicęAutor przy wejściu do jednej z posiadłości położonych tuż przy plaży. Podziwiamy z synami ośmiornicę zdjęcia: Aleksandra Pawlicka i Jacek Pawlicki

Autor przy wejściu do jednej z posiadłości położonych tuż przy plaży. Podziwiamy z synami ośmiornicę, którą nasz kucharz zamieni dziś w gulasz.

Autorka na typowym zanzibarskim łóżku plażowym - wyplatanym ze sznurka rozpiętego na ramie z gałęzi mangrowcówAutorka na typowym zanzibarskim łóżku plażowym - wyplatanym ze sznurka rozpiętego na ramie z gałęzi mangrowców zdjęcia: Aleksandra Pawlicka i Jacek Pawlicki

Autorka na typowym zanzibarskim łóżku plażowym - wyplatanym ze sznurka rozpiętego na ramie z gałęzi mangrowców.

Takich okazów wyrzuconych przez ocean jak tu nie widzieliśmy nigdzie na świecie. W zależności od wielkości muszle odgrywały w naszym domu różną rolę. Wielkie były misami na pachnące laski wanilii, średnie mydelniczkami, małe koralikami nanizywanymi na żyłkę, z których tworzyły się pobrzękujące na wietrze kotary.

Gdy ostatniego dnia przyszło wyjeżdżać o 5 rano, obudziliśmy się wszyscy rześcy jak nigdy dotąd w naszym życiu. I, z ręką na sercu, jak nigdy dotąd wakacyjnie wypoczęci.

ZanzibarZanzibar zdjęcia: Aleksandra Pawlicka i Jacek Pawlicki

Zanzibar

Współczesna nazwa Tanzanii pochodzi od połączenia dwóch byłych kolonii - niemieckiej Tanganiki i brytyjskiego Zanzibaru.

Zanzibar jest wyspą na Oceanie Indyjskim. W XVIII i XIX w. było to jedno z głównych centrów światowego handlu niewolnikami. Rządzony przez muzułmańskich sułtanów Zanzibar był świadkiem najkrótszej wojny w historii ludzkości. Po śmierci Hamada bin Thuwainiego władzę przejął jego krewniak Chalid bin Bargash. Ponieważ był on stronnikiem Niemiec, na jego rządy nie zgodzili się Anglicy. Kiedy upłynął termin ultimatum, a Chalid nie abdykował, Brytyjczycy rozpoczęli ostrzał jego pałacu z morza i atak lądowy.

Po 45 min sułtan zbiegł do niemieckiego konsulatu. Wojna była skończona. 

Kanga, czyli bawełniany zwój (2x1,5 m) - podstawa stroju kobiet na Zanzibarze i Tradycyjne nakrycie głowy muzułmaninaKanga, czyli bawełniany zwój (2x1,5 m) - podstawa stroju kobiet na Zanzibarze i Tradycyjne nakrycie głowy muzułmanina zdjęcia:Kuba Mount

Kanga, czyli bawełniany zwój (2x1,5 m) - podstawa stroju kobiet na Zanzibarze. Owijają nim ciało i głowy. Ok. 3-5 dol. Tradycyjne nakrycie głowy muzułmanina. 3-10 dol.

Tekst i zdjęcia: Aleksandra Pawlicka "Przekrój" i Jacek Pawlicki "Gazeta Wyborcza"

Zdjęcia przedmiotów: Kuba Mount

Zobacz też na Logo24 :

podróże , Afryka